wtorek, 14 maja 2013

Gry i zabawy ludu polskiego.

Załóżmy przez chwilę, że istnieje dwóch mężczyzn. Przyjaźnią się. Są dosyć blisko, spędzają ze sobą sporo czasu. Tyle, ze każdy z nich przyjaźń odbiera inaczej. Dla pierwszego, Pana X, to tylko wspólne aktywności: wypad na kawę, siłownię lub do kina. I nic poza tym. Dla drugiego, Pana Y,  to zażyła relacja, w pewnym stopniu uzależniająca. Im dłużej drugi przebywa z pierwszym, tym bardziej zatraca się w tym układzie. Chce więcej.

Oczywiście Y nie nabrał ochoty tak sam z siebie. X doskonale i z premedytacją używał swojego wdzięku osobistego, aby Y roznamiętnić. Każdy z nas przecież zna ten typ mężczyzny, który całkiem naturalnie flirtuje ze wszystkim, co się rusza. Były więc wspólne sauny, baseny, spinningi, wypady do klubów i cała reszta. A nasz Y przyglądał się temu i zaczynał snuć scenariusze alternatywne. Burza jego hormonów, umiejętnie podsycana, stawała się nie do zniesienia. Pamiętajmy, że każdy z nas jest tylko człowiekiem i naprawdę mamy pewne limity cierpliwości.

Przyjmijmy, że w pewnym momencie ta chęć zmiany charakteru relacji stała się zbyt silna. Pan Y stawia wszystko na jedną kartę- mówi X, że spróbować czegoś innego. I celowo nie definiujmy w tym momencie, co by to miało być: związek, sam seks, a może niezobowiązująca hybryda. Jak wielką odwagą musi się wykazać Y, aby niejako ujawnić wszystko to, co się w nim dzieje...

Tyle, że X zareagował, jak 99,95% mężczyzn w tej sytuacji, którzy bagatelizują, obracają w żart, temat szybko ucinają, albo ... (to moje ulubione) twierdzą, ze to nie jest dobry czas i nie są gotowi, by cokolwiek zaczynać/rozwijać. Jakkolwiek gorzka pigułka nie zostałaby upstrzona podobnym ozdobnikiem- Y został odrzucony.

Pytanie: co dalej? X przeszedł do porządku dziennego. Udaje, że nic się nie stało. Nadal są wspólne kawy, kluby, spinningi etc. A Y cierpi. Co boli bardziej? Urażone ego, czy coś do czego Y nigdy się nie przyzna- złamane serce? Bo przecież nadal się widują i każdy z nich udaje- jeden, że cała sytuacja nie miała miejsca, a drugi, że nie jest zraniony.

Czy taki układ ma dalszy sens, czy już na zawsze jest wypaczony? Myślę, ze w pewnym momencie coś pęka i nie ma takiej siły na świecie, która mogłaby to naprawić. Relacje międzyludzkie są tak złożone, że trudno jest poradzić sobie w podobnej sytuacji. Jestem pewien, że ja sam na miejscu Y zakończyłbym całą znajomość, a przynajmniej w dużym stopniu ją ograniczył. Bo takie wspólne spędzanie czasu jest jednak sypaniem soli na ranę. 

Przypomina mi się sytuacja mojego przyjaciela, którego zostawił partner. Dla tego pierwszego to była miłość życia. Cierpiał niesamowicie i jestem przekonany, że kocha go do dzisiaj. A ten, który odszedł bawi się teraz we wspólne herbatki i popołudniowe pogaduchy.

W obu sytuacjach uderza mnie jedna rzecz- nie są normalne. Nie można zaakceptować odrzucenia i udawać, ze nic się nie stało. To naturalne, że strony odrzucone będą chciały utrzymać znajomość, bo dosłownie łakną jakiejkolwiek formy kontaktu, uwagi, bliskości. I gdzieś podświadomie nadal mają nadzieję, że może pewnego dnia... A ci, którzy odrzucili wydają się kompletnie nie zdawać sobie sprawy z tego, że takim niezobowiązującym kontaktem po prostu ranią. Bo oni wiedzę, ze nigdy w życiu nic z tego nie będzie. Tyle, że druga strona takiej pewności nie ma, a jest zbyt słaba, żeby się odciąć. Wspólne spędzanie czasu przypomina wtedy rzucanie ochłapu. I nie wydaje mi się, że na to można się godzić. Nie w sytuacji, jeśli jednej stronie nadal zależy mocniej niż drugiej. 

To trudna sytuacja i tak naprawdę każde wyjście jest złe i przynosi cierpienie. Pytanie tylko, czy wybrać mniejsze zło- odciąć się i cierpieć w samotności; czy raczej większe- bycie dzień w dzień przy tym, który nas odrzucił. Nie wydaje mi się, żeby życie z przyklejonym uśmiechem było ok. Bo tak naprawdę to siebie ranimy.

A gdzie w tym wszystkim gry i zabawy ludu polskiego? Zabawą są dla mnie tego typu podchody, w których specjalizuje się duża grupa mężczyzn. Nieludzkim jest igranie z cudzymi uczuciami, by później udawać, ze to przecież nic wielkiego. I po co to? Z nudów, czy dla potwierdzenia własnej atrakcyjności?

Czysta manipulacja. I chyba nie ma sensu godzić się na półśrodki, a ktoś, kto bawi się w podchody, nigdy nie będzie materiałem na coś więcej.

6 komentarzy:

  1. Bardzo to prawdziwe, sam taką sytuacje przeżyłem ze swoim przyjacielem, przez co nasza przyjaźń znacznie ucierpiała, kontakt coraz to bardziej zanika - On raczej unika kontaktu tłumacząc, że to ja się nie odzywam, a od x-czasu, wgl. nie odezwał się jako pierwszy, zawsze to ja piszę...

    Wiele razy żałowałem, że dałem znać mu, że się pokazałem, bo dużo, dużo straciłem, przede wszystkim Przyjaciela w Przyjacielu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postawiłeś wszystko na jedną kartę. Nie żałuj tego.

      Usuń
  2. tak prawdziwe,

    natomiast co ciekawe u mnie sytuacja się odwróciła, bo po "odrzuceniu" Pan Y (czyli ja:-)zerwał kontakt z Panem X, przyjął w końcu do wiadomości fakt że nic z tego nie będzie i nastąpiło kilka tygodni ciszy. jednym słowem koniec. rozdział zamnknięty.

    tymczasem Pan X sam zaczął zabiegać o kontakt, spotkanie(też z pomocą osób 3ch, wspólnych znajomych). Pan Y początkowo nieufny w
    końcu zgodził się na rozmowę...

    pytanie czy Pan X zrozumiał swój błąd i że jednak coś czuje do Pana Y? czy chce naprawić to co spieprzył? a może po prostu poczuł się urażony w swojej męskiej dumie (w końcu Pan Y zamknął już pewnien rozdział i już nie krąży wokół na orbicie)?

    no i najważniejsze jak powinien się zachować Pan Y? wiem wiem dobrze co powiecie:-) niestety rozum a serce to dwie różne rzeczy...

    Pzdr

    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie się nie zmieniają, chociaż Ty sam uważasz inaczej.
      Poza tym szczerze wątpię, żeby Y rzeczywiście kiedykolwiek zamknął rozdział.

      Usuń
  3. pewnie masz rację (jak zwykle zresztą), ale Uwaga - Pan Y nie powiedział jeszcze TAK...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie powie. A jeśli powie, to wbrew sobie i tylko dlatego, że będzie czuł się w obowiązku.
      Potwierdza się jedno- im bardziej beznadziejny przypadek, tym chętniej do niego lgniemy.

      Usuń